Bez dachu nad głową
Westfalka, ubrania powieszone na sznurku, miska do mycia, stolik, mała szafka, wiadro zastępujące toaletę, łóżko, a na nim koce i stara pierzyna chroniąca przed najcięższymi mrozami. Tak wygląda kilka metrów kwadratowych życia sześćdziesięcioośmioletniego Henryka Czecha ze Starego Bukowca. Kilka lat temu w tym pomieszczeniu przechowywano narzędzia i sprzęty rolnicze. Dzisiaj betonowy składzik jest domem schorowanego człowieka, który na swoim koncie ma kilka operacji.
Trzy lata temu trafił do składowiska narzędzi.
- Powodem były rzekome romanse, awantury wszczynane po imprezach zakrapianych alkoholem, chrapanie, a nawet to że ciągle choruję - dodaje mężczyzna.
Niestety, tych informacji nie udało się potwierdzić. Żona pana Henryka nie zgodziła się na rozmowę.
Bez prądu i wody
Początkowo pan Henryk nocował w przedpokoju.
- Ludzie ze wsi mówili mi żebym się nie żenił - mówi Henryk Czech. - Wtedy kochałem ją, ale teraz uczucie wygasło.
Pan Henryk utrzymuje się z renty. 564 zł miesięcznie musi wystarczyć mu na lekarstwa, opał i jedzenie. Od kiedy znalazł się w szałerku jego głównym posiłkiem są konserwy.
- Nie mam lodówki, więc na nic innego nie mogę sobie pozwolić - żali się Henryk Czech. - O czym tu zresztą marzyć skoro nawet prądu nie mam, a po wodę muszę chodzić do kranu przy chlewie. Mój los jest wszystkim obojętny.
Najgorsza jest zima. Kiedy mrozy zaczynają doskwierać, dom pana Henryka zamienia się w lodówkę.
- Muszę się wtedy tułać po znajomych - dodaje pan Henryk. - W ubiegłym roku pomieszkiwałem w Nowej Kiszewie Chróstach, wcześniej przygarnęli mnie sąsiedzi. Myślałem o podpaleniu domu. Przynajmniej trafiłbym do ciepłego więzienia.
Zdaniem Elżbiety Hinz, kierowniczki Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Starej Kiszewie, pan Czech kochał i nadal kocha swoją żonę.
- Zawsze powtarza, że była ładna i dobra - mówi Elżbieta Hinz. - Wydaje mi się, że małżeństwo nadal darzy się uczuciem. Tym bardziej, że oboje interesują się sobą. Chciałabym, żeby się pogodzili i dogadali.
Do szałerka
Stary Bukowiec, to mała wieś leżąca w gminie Stara Kiszewa. Składzik, w którym mieszka Henryk Czech znajduje się na jej szarym końcu. Mieszkańcy bez problemu wskazali nam drogę, wszyscy się przecież dobrze tu znają. Kiedy dotarłyśmy na miejsce zobaczyłyśmy jak zza ogromnych wrót nieśmiało wychyla się Henryk Czech.
- To jest właśnie mój szałerek - wskazał zapraszającym gestem mężczyzna. - Naprzeciwko mieszka żona z synami. Od pokoleń dom należał do mojej rodziny, w nim się zresztą urodziłem, a dzisiaj nie mam tam wstępu.
Zadbany dom, stodoła i podwórze, są dla Henryka Czecha światem, do którego dziś nie ma dostępu. Dzisiaj musi zmieścić się w czterech betonowych ścianach. Po kilku minutach naszej rozmowy do środka z krzykiem wpada jego syn.
- Czego tu szukacie! Kto was tu zapraszał! To nie wasza sprawa, po co wywlekacie czyjeś brudy! - krzyczał.
Przez dłuższą chwilę nie chciał opuścić pomieszczenia. Wreszcie, widząc że nic nie wskóra, wycofał się. Dopiero teraz mogłyśmy wysłuchać opowieści pana Henryka. W czasie naszej rozmowy, najmłodszy syn stał za drzwiami i słuchał, co chwilę nam przerywając. Kiedy wychodziłyśmy, natknęłyśmy się na żonę Henryka Czecha, która przypuszczała, że męża odwiedziły pracownice opieki społecznej. Kobieta zaprosiła nas do domu, jednak nie zgodziła się na żadne oficjalne rozmowy. Mimo to, nieoficjalnie opowiedziała historię, która całkowicie zaprzeczała wersji pana Henryka. Jej zdaniem, mieszkańcy wsi znają genezę rodzinnej tragedii.
Póki co Henryk Czech nadal tuła się po znajomych. Tak naprawdę jednak, tylko rodzina wie, jakie są przyczyny obecnej sytuacji.